Pierwszy.
Nie wiem od czego zacząć. Nigdy nie pisałam takiego czegoś.
Zawsze zachowywałam swoją prywatność dla siebie i nie miałam potrzeby zwierzać
się nikomu. Ale teraz mam. W ramach zaleczania ran, bo wciąż wychodzę z żałoby.
Ale chyba jednak wole się zwierzać „w eter” niż komuś konkretnemu. Piszę, nie
czytam, nie wracam nie poprawiam. Więc będzie chaos. Ale piszę dla siebie, nie do czytania dla kogoś.
Z rozmów z ludźmi, z tego co poczytałam, to chyba normalne i
typowe. Wygląda też na to, że średnio rzecz biorąc i zważając na moją
nieciekawą sytuację, dobrze sobie radzę. Ponad średnią. Jak zawsze.
W ogólnym zapieprzu, ferworze walki, budowania, stawiania
wszystkiego od nowa na nogi, dokonywania kolejnych rzeczy niemożliwych, mam
jednak takie dni jak dziś, że ogarnia mnie smutek, rodzaj żałoby.
Żałoba jest wtedy gdy coś umiera. Umiera, a więc znika
nieodwracalnie, puff i nie ma. Nie ma, nie będzie. Całe to pieprzenie, ze
wszystko się da jak tylko się ma odpowiednie nastawienie i bardzo się stara.
Całe życie w to wierzyłam, ale kurczę, na logikę – to jednak nie prawda.
Jakkolwiek by się nie starało, martwego nie ożywisz. A nawet jeśli – to już nie
będzie to samo tylko jakiś frankenstein.
Zauważyłam ostatnimi czasy, że jednak większość przysłów i
powiedzonek jest cholernie mądra. Skompresowana mądrość ludzkości. Na przykład
to, że nadzieja umiera ostatnia.
Także ta moja żałoba to chyba głównie po nadziei. Nadziei na
to, że jeszcze da się coś zrobić, że
wszystko zależy od tego że będę mieć dobre nastawienie i dam z siebie wszystko.
Gówno prawda. Empirycznie udowodnione – nie działa. Najgorsze, że jednak dalej
chciałabym w to wierzyć bo to zwyczajnie ułatwia życie, pozwala mieć
permanentnego kopa do działania i nie poddawać się.
Poddałam się chyba pierwszy raz w życiu. Całe życie wszyscy mnie
podziwiali. Jak ja to robię? Milion pomysłów na minutę a pół miliona z tego
zrealizowane. Na każde „nie da się” odruchowo odpowiadam – „watch me!” Tym
większe jest moje poczucie porażki teraz, że jednak się nie dało i to w czymś
na czym akurat cholernie mi zależało. Jestem zawieszona gdzieś pomiędzy – a może
jednak się dało i poddałam się na krok przed metą – a – od dawna było wiadomo
że się nie da i straciłam za dużo czasu
walcząc z przegraną sprawą.
Zastanawiam się co mnie tak wykoleja, bo to jest raz na
kilka dni i chyba wiem. Widok szczęśliwych rodzin. Widok zaangażowanych
tatusiów przywożących swoje dzieciaczki do mnie na konie. Mężczyzn
zachowujących się tak jak powinni. Wspierających swoje partnerki. Nawet zdjęcia
z tych protestów kobiet z napisem „nigdy nie będziesz szła sama”.
Wtedy ja muszę przyznać się do porażki. Bo chociaż wszystko
wskazuje na to, ze zrobiłam wszystko dobrze i suma summarum byłam partnerką prawie
idealną, to jednak moja inwestycja stanęła na zgniłym fundamencie. Kolejna
ludowa mądrość – wybierz mężczyznę takiego, którego ojciec traktował jego matkę
tak jak ty chciałabyś być traktowana. Zrobiłam odwrotnie. Ale przecież –
tłumaczyłam sobie – widział na przykładzie swojego ojca co do czego prowadzi i
jak nie postępować. Jak nie traktować matki swoich dzieci żeby ich samych nie
krzywdzić. A jednak. Wdrukowany schemat jest silniejszy od pozornego „jest
mądrzejszy” (przy okazji jeszcze pomyliłam „smart” i „wise”).
Nigdy nie byłam rozmarzonym podlotkiem wierzącym w miłość jak z komedii romantycznej. Nigdy nie szukałam sztucznych ideałów jak z „pisiąt twarzy greja”, w którym po nic sobą nie reprezentującą szarą myszkę nadlatuje helikopterem wymuskany ideał, piękny młody i bogaty. Pamiętam za to, że przekonał mnie artykuł o aranżowanych małżeństwach w Indiach i o tym jak zaskakująco duży odsetek z nich jest szczęśliwy. I wierzyłam w to, że trwały, szczęśliwy związek buduje się wytrwałością i ciężką pracą. Również nad sobą. Dalej w to wierzę, ale wiem również że to nie zawsze działa. Bo można zwyczajnie trafić na złą osobę po drugiej stronie. I mean, evil. Rany, chyba przerzucę się na angielski bo ciągle mi słów brakuje.
Jestem samotną matką dwójki małych chłopców. Po 15 latach usłyszałam od ich ojca, ze "pożałuję że się urodziłam" i że "mnie zniszczy". Za co? Nie wiem. Bo powinnam usłyszeć "dziękuję Ci za wszystko". A dwa tygodnie temu zabierał dzieci na weekend mówiąc do nich "chodź Oluś. Nie słuchaj tej idiotki". Staram się wierzyć, że to -tylko- efekt bycia na poziomie rozwoju emocjonalnego trzynastolatka. Od psychologów dowiedziałam się, że byłam (jestem?) ofiarą przemocy. Tej gorszej, bo nie fizycznej. Pech chciał, ze trafiło na mnie - silną i waleczną. I walczyłam tyle lat.
Nie dowiem się nigdy czy poddałam się krok przed metą, czy przeciwnie – straciłam całe lata na coś co było z góry skazane na porażkę. Wiem za to, że muszę z tego wyciągnąć ile się da mądrości i że muszę jakoś dotrwać do końca żałoby. Chciałabym żeby już się skończyła. Wiem, że moje dzieci tego potrzebują. Nie wiem czy tym razem dam radę bez wsparcia. Pewnie tak, zawsze daję.
Komentarze
Prześlij komentarz